
Każda noc kiedyś minie
Od dłuższego czasu noszę w sobie potrzebę napisania tego artykułu.
Nie jest to łatwy tekst. Nie dlatego, że dotyczy cierpienia, bólu czy trudności. Trudność polega raczej na tym, że przez wiele lat przechodziłem przez procesy, których sam do końca nie rozumiałem. Dopiero z perspektywy czasu zaczynam dostrzegać ich sens i znaczenie.
To nie będzie artykuł o cierpieniu.
Będzie to raczej artykuł o przechodzeniu przez cierpienie. O zmianie relacji do trudności. O tym, czego nauczyły mnie lata podążania własną ścieżką.
Przez ten czas doświadczałem frustracji, rozczarowania, zmęczenia, chwil zwątpienia w ludzi, poczucia osamotnienia i wielu trudnych emocji. Były też okresy, kiedy wydawało mi się, że proces trwa zbyt długo, a zmiany, których oczekiwałem, nie chcą nadejść.
Jest jednak jedna rzecz, której sobie nie przypominam.
Nie przypominam sobie momentu, w którym naprawdę chciałem zawrócić.
Nie przypominam sobie chwili, w której postanowiłem wrócić do starego życia.
Aspekty mojego starego świata odchodziły stopniowo. Niektóre znikały szybko, inne wracały jeszcze wielokrotnie. Czasami nadal czerpałem ze starego życia, nie mając jeszcze dostępu do nowego. Dzisiaj wiem, że jest to naturalna część procesu.
Kiedy rozpoczynałem świadomą drogę ku sobie, nie rozumiałem tego.
Mój umysł miał własne wyobrażenia na temat rozwoju, przebudzenia i zmian. Tworzył obrazy tego, jak będzie wyglądało moje nowe życie, jak będę się czuł, co osiągnę i kiedy to wszystko nastąpi.
Później niemal zawsze okazywało się, że rzeczywistość wygląda inaczej.
Dzisiaj rozumiem dlaczego.
Umysł nie może wiedzieć, jak wygląda coś, czego jeszcze nigdy nie doświadczył.
I właśnie wtedy pojawiał się opór.
Pojawiała się frustracja.
Pojawiało się cierpienie.
Paradoksalnie jednak to właśnie dzięki tym doświadczeniom zacząłem odkrywać mechanizmy działania własnej świadomości. To dzięki nim zacząłem rozpoznawać stare wzorce, role i przekonania. To dzięki nim rodziła się mądrość.
Nie z teorii.
Z doświadczenia.
Czasami również z bólu.
Frankl i odkrycie sensu
W czasie dojrzewania tego artykułu trafiła do mnie książka Viktora Frankla „Człowiek w poszukiwaniu sensu”.
Nie była to przypadkowa lektura.
Przyszła do mnie dokładnie wtedy, kiedy była potrzebna.
Frankl wielokrotnie odwołuje się do myśli Nietzschego:
„Ten, kto zna sens swojego życia, potrafi przetrwać niemal każde cierpienie.”
Przeczytałem to zdanie wiele razy.
Nie dlatego, że było dla mnie nowe.
Dlatego, że było prawdziwe.
Frankl nie twierdzi, że sens usuwa cierpienie.
Nie twierdzi, że dzięki niemu ból staje się przyjemny.
Nie obiecuje życia bez trudności.
Pokazuje natomiast coś znacznie ważniejszego.
Sens zmienia relację człowieka do cierpienia.
Zmienia sposób jego przeżywania.
To odkrycie bardzo mocno współgrało z moimi własnymi doświadczeniami.
Dzisiaj wiem, że niektórych procesów nie da się przyspieszyć.
Niektórych nie da się ominąć.
Niektórych nie da się rozwiązać siłą.
Można natomiast zmienić sposób, w jaki się przez nie przechodzi.
I właśnie ta zmiana relacji okazała się dla mnie ważniejsza niż sama natura problemu.
Nie jest kluczem to, przez co przechodzisz.
Kluczem jest twoja relacja z tym doświadczeniem.
Kluczem jest twoja świadomość.
Kiedy zaczynamy rozumieć sens procesu, trudność przestaje być wyłącznie przeszkodą.
Staje się częścią drogi.
A każda noc, nawet najdłuższa, kiedyś mija.
Kilka ważnych zastrzeżeń
Zanim pójdziemy dalej, chcę powiedzieć coś bardzo ważnego.
Nie zachęcam nikogo do cierpienia.
Nie zachęcam do poświęcania się.
Nie zachęcam do martyrologii.
Nie zachęcam do szukania bólu.
Wszystko, co wydarzało się na mojej drodze, wydarzało się dla mnie.
To ogromna różnica.
Nie cierpiałem po to, żeby cierpieć.
Nie przechodziłem przez trudności po to, aby udowodnić sobie lub światu swoją wartość.
Jeżeli jakieś doświadczenie jest potrzebne na twojej ścieżce, samo cię odnajdzie.
Przyjdzie jako konsekwencja twoich wyborów.
Nie musisz go szukać.
Życie doskonale radzi sobie bez naszej pomocy w dostarczaniu nam wyzwań.
Jest jeszcze jedna rzecz.
Najważniejsze odpowiedzi znajdują się w tobie.
Nie w tym artykule.
Nie w moich doświadczeniach.
Nie w doświadczeniach innych ludzi.
W tobie.
To ty wiesz, czy dana droga jest naprawdę twoja.
To ty czujesz, czy jest zgodna z tobą.
To ty będziesz stawiał kolejne kroki.
I to ty będziesz odkrywał ich sens.
Babia Góra i każdy ważny krok
Kilka dni temu wybrałem się z synem do Zawoi.
Od dawna czułem potrzebę przyjazdu w to miejsce. Nie potrafiłem tego racjonalnie wyjaśnić. Po prostu coś mnie tam ciągnęło.
Ostatecznie większość czasu spędziłem sam. Syn źle się poczuł, więc w góry ruszyłem bez niego.
Dzisiaj myślę, że właśnie tak miało być.
Ten dzień był ważny dla mnie.
Być może jeden z ważniejszych w ostatnim czasie.
Kiedy wchodziłem na Babią Górę, chłonąłem piękno wszystkimi zmysłami. Góry zawsze działały na mnie w szczególny sposób. Coś we mnie uspokajały, porządkowały i przywracały właściwe proporcje.
Był jednak moment, którego nie potrafię wyjaśnić.
Podczas podejścia na Diablak przyszło do mnie bardzo silne wzruszenie. Szedłem i przez kilka chwil płakałem. Nie wiedziałem dlaczego. Nie towarzyszyła temu żadna konkretna myśl. Nie było wspomnień ani historii.
Było jedynie poczucie odnalezienia czegoś bardzo ważnego.
Jakbym po długiej podróży wrócił do miejsca, które od zawsze było moje.
Nie próbowałem tego analizować.
Nie pytałem o znaczenie.
Pozwoliłem temu być.
Zanim to miało miejsce miałem przygodę znacznie mniej romantyczną.
Bardziej ludzką.
Miałem długie podejście na grań.
Moje nogi były coraz cięższe.
I wtedy obudził się mój wewnętrzny komentator.
Nie słyszałem go tak wyraźnie od dawna.
Narzekał.
Oceniał.
Krytykował.
Przypominał różne historie związane z moją rodziną, moimi rodzicami, moimi ograniczeniami.
Przypominał wszystko to, co kiedyś potrafiło skutecznie odbierać mi energię.
Przez pewien czas słuchałem tego dialogu.
Aż w końcu zatrzymałem się.
Wziąłem kilka głębokich oddechów.
I powiedziałem do siebie bardzo proste słowa:
Ja Istnieję.
Ja Jestem.
Jestem Obecnością.
Jestem tutaj.
Nie wydarzył się żaden cud.
Deszcz nie przestał padać.
Kamienie nie stały się mniej śliskie.
Zmęczenie nie zniknęło.
Zmieniło się coś innego.
Przestałem walczyć z tym, co się dzieje.
Jeszcze ważniejsze odkrycie przyszło później.
Podczas jednego z długich podejść na grań.
Moje ciało było zmęczone.
Nogi protestowały.
Plecak ciążył coraz bardziej.
I wtedy zauważyłem coś, co wcześniej umykało mojej uwadze.
Ogromna część mojego zmęczenia nie pochodziła z wysiłku.
Pochodziła z oporu wobec wysiłku.
Z pośpiechu.
Z chęci szybkiego zakończenia podejścia.
Z porównywania się z innymi.
Z oceniania siebie.
Z wewnętrznego dialogu.
Z walki.
Postanowiłem zrobić eksperyment.
Przestałem się spieszyć.
Dałem sobie zgodę na częstszy odpoczynek.
Pozwoliłem innym mnie wyprzedzać.
Przestałem rywalizować.
Zacząłem natomiast bardzo uważnie słuchać mojego ciała.
Jak oddycham?
Co czują moje nogi?
Które mięśnie pracują najmocniej?
Czy idę swoim tempem?
Czy próbuję komuś coś udowodnić?
Wtedy pojawiło się zdanie, które zostało ze mną do dzisiaj:
Każdy krok jest ważny.
Powtarzałem je przez długi czas.
Każdy krok jest ważny.
Jestem tutaj.
Każdy krok jest ważny.
Jestem teraz.
Każdy krok jest ważny.
I nagle stało się coś niezwykle ciekawego.
Nie przybyło mi sił.
Nie zmniejszyła się góra.
Nie zniknęło zmęczenie.
Ale odzyskałem ogromną ilość energii.
Energii, którą wcześniej wydawałem na walkę z rzeczywistością.
Właśnie wtedy zrozumiałem coś bardzo ważnego.
Wejście na grań trwa chwilę.
Podejście trwa znacznie dłużej.
Podobnie jest w życiu.
Większość ludzi marzy o szczytach.
O przełomach.
O wielkich zmianach.
O momentach zwycięstwa.
Tymczasem nasze życie składa się głównie z podejść.
To tam rozwija się świadomość.
To tam rodzi się mądrość.
To tam uczymy się siebie.
To tam odkrywamy, kim naprawdę jesteśmy.
Szczyt jest chwilą.
Droga jest procesem.
I właśnie proces nas zmienia.
W drodze powrotnej z Babiej Góry przyszła do mnie jeszcze jedna myśl.
Być może najważniejsza ze wszystkich.
Trudności, z którymi walczyłem przez większość życia, nie znajdowały się w górach.
Nie znajdowały się w pogodzie.
Nie znajdowały się w świecie.
One znajdowały się we mnie.
I to odkrycie zmieniło wszystko.
Największe odkrycie – trudności są we mnie
Gdybym miał wskazać jedno odkrycie, które najbardziej zmieniło moje życie, nie byłaby to żadna technika, metoda ani książka.
Byłoby nim zrozumienie, że trudności, z którymi walczyłem przez większość życia, znajdują się we mnie.
Pamiętam, jak wiele lat próbowałem zmieniać świat wokół siebie.
Próbowałem zmieniać ludzi.
Próbowałem zmieniać okoliczności.
Próbowałem zmieniać sytuacje.
Próbowałem zmieniać rezultaty.
Próbowałem zmieniać niemal wszystko poza sobą.
Nie twierdzę, że świat zewnętrzny nie ma znaczenia.
Ma.
Choroba istnieje.
Strata istnieje.
Rozstanie istnieje.
Niepewność istnieje.
Śmierć istnieje.
To wszystko jest częścią ludzkiego doświadczenia.
Ale z biegiem lat zauważyłem coś niezwykle ciekawego.
Dwie osoby mogą przechodzić przez bardzo podobne doświadczenie.
Jedna będzie przeżywała je jako koniec świata.
Druga jako trudny, ale ważny etap swojego życia.
To nie wydarzenie tworzy cierpienie.
To relacja człowieka z wydarzeniem.
Właśnie dlatego coraz częściej zacząłem kierować uwagę nie na to, co się dzieje, ale na to, co dzieje się we mnie.
Przez wiele lat pracowałem z ludźmi jako coach.
Słuchałem setek historii.
Niektóre były naprawdę trudne.
W pewnym momencie zauważyłem jednak coś wspólnego.
Niemal każdy człowiek opowiadał nie tylko o swoim problemie.
Opowiadał również historię o swoim problemie.
To właśnie ta historia bardzo często powodowała największe cierpienie.
Przykładowo:
„Nigdy sobie z tym nie poradzę.”
„To będzie trwało wiecznie.”
„Moje życie już zawsze będzie takie.”
„To nie powinno mi się przydarzyć.”
„To niesprawiedliwe.”
Niektóre z tych zdań znałem również bardzo dobrze z własnego życia.
Dzisiaj powiedziałbym to inaczej.
Cierpienie jest bardzo często wewnętrznym sprzeciwem wobec tego, co jest.
Nie oznacza to zgody na wszystko.
Nie oznacza bierności.
Nie oznacza rezygnacji.
Oznacza jedynie, że ogromna część energii jest zużywana na walkę z rzeczywistością.
A rzeczywistość i tak pozostaje taka, jaka jest.
Kiedy wiele miesięcy temu pojawiały się u mnie trudne doświadczenia, zauważałem pewien schemat.
Najpierw przychodziło wydarzenie.
Potem pojawiała się reakcja.
A następnie uruchamiały się całe armie programów.
Krytyk.
Wojownik.
Zbawiciel.
Poczucie niesprawiedliwości.
Potrzeba kontroli.
Poczucie winy.
Gniew.
Każdy z nich próbował przekonać mnie, że jest mną.
Każdy próbował przejąć uwagę.
Każdy chciał otrzymać energię.
Przez długi czas wierzyłem, że muszę z nimi walczyć.
Dzisiaj robię coś zupełnie innego.
Patrzę.
Widzę.
Rozpoznaję.
I bardzo często mówię tylko:
Widzę cię.
To wszystko.
Nie walczę już z krytykiem.
Nie walczę z gniewem.
Nie walczę z poczuciem niesprawiedliwości.
Nie walczę nawet z lękiem.
Widzę je.
Pozwalam im istnieć.
Przestaję udawać, że ich nie ma.
Przestaję również wierzyć, że są mną.
To ogromna różnica.
Bo kiedy przestajesz być krytykiem, możesz go zobaczyć.
Kiedy przestajesz być gniewem, możesz go obserwować.
Kiedy przestajesz być lękiem, możesz go poczuć bez konieczności wykonywania jego poleceń.
To właśnie wtedy pojawia się wolność.
Przez długi czas wydawało mi się, że rozwój polega na usuwaniu trudności.
Dzisiaj coraz częściej mam wrażenie, że rozwój polega na czymś innym.
Na odzyskiwaniu energii, którą wcześniej oddawałem trudnościom.
Na odzyskiwaniu energii wydawanej na walkę.
Na odzyskiwaniu energii wydawanej na opór.
Na odzyskiwaniu energii wydawanej na udowadnianie światu, że mam rację.
To właśnie wydarzyło się na Babiej Górze.
Góra pozostała taka sama.
Zmienił się człowiek, który na nią wchodził.
Właśnie dlatego coraz częściej uważam, że prawda jest jednym z najpotężniejszych narzędzi rozwoju.
Nie prawda filozoficzna.
Nie prawda religijna.
Nie prawda ideologiczna.
Prawda o tym, co dzieje się we mnie.
Kiedy naprawdę widzę swoje mechanizmy, zaczynają tracić władzę.
Nie zawsze od razu.
Nie zawsze całkowicie.
Ale stopniowo.
A wraz z nimi zaczyna znikać również cierpienie, które tworzyły.
To właśnie z tych doświadczeń, z wielu trudnych dni, wielu błędów, wielu odkryć i wielu prób narodził się proces, którym chciałbym podzielić się na końcu tego artykułu.
Nie jest to metoda.
Nie jest to technika.
Nie jest to kolejny system rozwoju.
Jest to po prostu opis tego, co naturalnie zaczęło działać w moim życiu.
I być może znajdziesz w nim coś również dla siebie.
Sześć kroków, które naturalnie wyłoniły się z mojego doświadczenia.
Przez wiele lat przechodziłem przez różne trudności.
Niektóre były związane ze zdrowiem.
Inne z relacjami.
Jeszcze inne z poczuciem sensu, zmianą życia, rozstaniami ze starymi wzorcami i przekonaniami.
Nie planowałem stworzenia żadnej metody.
Nie usiadłem przy biurku z zamiarem opracowania procesu rozwoju osobistego.
Po prostu obserwowałem siebie.
A po pewnym czasie zauważyłem, że w momentach trudnych coraz częściej przechodzę przez podobne etapy.
Dzisiaj widzę je bardzo wyraźnie.
Być może będą pomocne również dla ciebie.
Krok pierwszy – zobacz prawdę
To najważniejszy krok.
Zobacz, co naprawdę jest źródłem twojego cierpienia.
Nie to, co mówi o nim twój umysł.
Nie to, co chciałbyś zobaczyć.
Nie to, co jest wygodne.
Prawdę.
Czasami jest ona bardzo niewygodna.
Czasami pokazuje, że źródłem cierpienia nie jest drugi człowiek.
Nie jest sytuacja.
Nie jest świat.
Nie jest los.
Nie jest nawet przeszłość.
Czasami źródłem cierpienia okazuje się nasze przywiązanie, nasz opór, nasze oczekiwania lub nasze wyobrażenia o tym, jak życie powinno wyglądać.
Nie walcz z prawdą.
Pozwól jej przyjść.
Ona już wie, gdzie cię znaleźć.
Krok drugi – zaakceptuj istnienie tego, co jest
Przez wiele lat błędnie rozumiałem akceptację.
Wydawało mi się, że oznacza zgodę na cierpienie.
Zgodę na krzywdę.
Zgodę na porażkę.
Dzisiaj rozumiem ją inaczej.
Akceptacja nie oznacza zgody na cierpienie.
Oznacza zgodę na fakt jego istnienia.
To ogromna różnica.
Przestaję walczyć z tym, że coś właśnie jest obecne w moim życiu.
Przestaję prowadzić niekończący się spór z rzeczywistością.
Przestaję powtarzać:
To nie powinno się wydarzyć.
Bo już się wydarzyło.
Kiedy kończy się opór, zaczynam odzyskiwać energię.
Energię, którą wcześniej wydawałem na walkę.
Energię, którą wcześniej wydawałem na sprzeciw.
Energię, którą wcześniej wydawałem na udawanie, że problem nie istnieje.
Krok trzeci – wejdź w pełni w Tu i Teraz
To moment, który zmienił bardzo wiele na mojej ścieżce.
Przestałem żyć wyłącznie w przyszłości.
Przestałem nieustannie zastanawiać się:
Kiedy to się skończy?
Kiedy będzie lepiej?
Kiedy wreszcie dojdę do celu?
Zamiast tego zacząłem pytać:
Co dzieje się teraz?
Jak czuje się moje ciało?
Co mówi do mnie mój umysł?
Jakie emocje są obecne?
Co próbuje zwrócić moją uwagę?
Wchodzenie w tu i teraz nie usuwa cierpienia.
Ale pozwala przestać uciekać od życia.
A życie zawsze wydarza się teraz.
Nigdy później.
Krok czwarty – wejdź całkowicie w drogę
Właśnie tego nauczyła mnie Babia Góra.
Nie szczyt.
Droga.
Przez większość życia koncentrowałem się na rezultacie.
Na zakończeniu procesu.
Na osiągnięciu celu.
Na przekroczeniu trudności.
Tymczasem życie nie dzieje się na szczycie.
Życie dzieje się podczas podejścia.
To właśnie wtedy rodzi się świadomość.
To wtedy pojawia się mądrość.
To wtedy uczymy się siebie.
W pewnym momencie podczas podejścia zacząłem powtarzać:
Każdy krok jest ważny.
To zdanie zostało ze mną do dzisiaj.
Bo naprawdę każdy krok jest ważny.
Także ten trudny.
Także ten niepewny.
Także ten wykonany w zmęczeniu.
Krok piąty – przyzwól
To słowo przez długi czas było dla mnie niezrozumiałe.
Dzisiaj rozumiem je bardzo prosto.
Przyzwolenie oznacza zaufanie.
Nie do świata.
Nie do innych ludzi.
Przede wszystkim do siebie.
Do własnej świadomości.
Do własnej Jaźni.
Do procesu życia.
Nie oznacza bierności.
Nie oznacza rezygnacji.
Oznacza zaprzestanie ciągłej kontroli wszystkiego.
Nie muszę znać wszystkich odpowiedzi.
Nie muszę rozumieć całego procesu.
Nie muszę wiedzieć, jak zakończy się każda historia.
Mogę zrobić kolejny krok.
I kolejny.
I jeszcze jeden.
To wystarczy.
Krok szósty – zatrzymaj się i podziękuj
Ten krok odkryłem stosunkowo niedawno.
Przez większość życia kończyłem jedno doświadczenie i natychmiast przechodziłem do następnego.
Bez zatrzymania.
Bez refleksji.
Bez wdzięczności.
Dzisiaj robię inaczej.
Kiedy kończy się trudny proces, zatrzymuję się na chwilę.
Patrzę.
Oddycham.
I pytam siebie:
Za co jestem wdzięczny?
Nie ogólnie.
Konkretnie.
Za co dokładnie?
Co zobaczyłem?
Czego się nauczyłem?
Co odzyskałem?
Co zrozumiałem?
To właśnie wtedy zaczynam dostrzegać sens całej drogi.
Nie tylko jej zakończenia.
Co ciekawe, właśnie podczas takich chwil wdzięczności zacząłem odkrywać coś jeszcze.
Coraz częściej przestawałem koncentrować się na tym, przez co przeszedłem.
Zaczynałem dostrzegać, kim stałem się dzięki temu przejściu.
I mam wrażenie, że właśnie tam znajduje się prawdziwy dar każdej trudności.
Nie w samym cierpieniu.
Nie w bólu.
Nie w walce.
Ale w świadomości, która rodzi się po drugiej stronie doświadczenia.
Każda noc kiedyś minie
Jeżeli dotarłeś aż tutaj, być może przechodzisz właśnie przez własne podejście pod górę.
Być może jesteś w środku procesu, którego jeszcze nie rozumiesz.
Być może próbujesz odnaleźć sens czegoś, co wydaje się pozbawione sensu.
Być może jesteś zmęczony.
Być może masz ochotę usiąść na kamieniu przy szlaku i powiedzieć:
Mam dość.
Jeżeli tak jest, to chcę podzielić się z tobą jedną prostą obserwacją.
Nie radą.
Nie prawdą objawioną.
Nie receptą.
Obserwacją człowieka, który przeszedł przez wiele własnych nocy.
Każda noc kiedyś mija.
Każda.
Nawet ta, która wydaje się nie mieć końca.
Nawet ta, podczas której jesteś przekonany, że świt już nigdy nie nadejdzie.
Nawet ta, która trwa dłużej, niż uważałeś za możliwe.
Każda noc kiedyś mija.
Nie dlatego, że tak mówi psychologia.
Nie dlatego, że napisał o tym Frankl.
Nie dlatego, że przeczytałeś to w książce.
Dlatego, że taka jest natura życia.
Wszystko się zmienia.
Wszystko płynie.
Wszystko podlega przemianie.
Także cierpienie.
Także ból.
Także trudności.
Także ty.
Dzisiaj patrzę na wiele wydarzeń z mojego życia inaczej niż kiedyś.
Na trudne noce.
Na okresy zwątpienia.
Na momenty, kiedy wydawało mi się, że stoję w miejscu.
Na chwile, kiedy wszystko trwało zbyt długo.
Nie powiedziałbym, że były błędem.
Nie powiedziałbym nawet, że chciałbym je usunąć.
One były częścią mojej drogi.
Nie dlatego, że cierpienie jest szlachetne.
Nie dlatego, że ból uszlachetnia.
Ale dlatego, że przechodząc przez nie, odkrywałem siebie.
Odkrywałem swoje lęki.
Swoje przekonania.
Swoje programy.
Swoje przywiązania.
A czasami również swoją siłę.
I właśnie to jest chyba najważniejszy wniosek, którym chciałbym zakończyć ten artykuł.
Nie jesteś tutaj po to, aby cierpieć.
Nie jesteś tutaj po to, aby walczyć.
Nie jesteś tutaj po to, aby udowadniać swoją wartość światu.
Jesteś tutaj po to, aby doświadczać życia.
W całej jego pełni.
Również wtedy, gdy jest ono trudne.
Również wtedy, gdy jest ono niepewne.
Również wtedy, gdy prowadzi cię przez miejsca, których jeszcze nie rozumiesz.
Zaufanie nie oznacza wiedzy.
Zaufanie oznacza wykonanie kolejnego kroku, nawet wtedy, gdy nie widzisz całej drogi.
Dokładnie tak, jak podczas górskiej wędrówki.
Widzisz tylko najbliższy fragment szlaku.
Czasami tylko kilka metrów przed sobą.
A mimo to idziesz.
Krok po kroku.
Oddech po oddechu.
Chwila po chwili.
I pewnego dnia orientujesz się, że jesteś już zupełnie gdzie indziej.
Nie dlatego, że zdobyłeś szczyt.
Ale dlatego, że droga zmieniła ciebie.
Dzisiaj wiem już coś, czego nie wiedziałem wiele lat temu.
Nie muszę znać wszystkich odpowiedzi.
Nie muszę rozumieć całego procesu.
Nie muszę wiedzieć, kiedy dokładnie zakończy się moja kolejna noc.
Wystarczy, że wykonam kolejny krok.
Świadomie.
Uważnie.
Będąc obecnym.
Bo każdy krok jest ważny.
I być może właśnie dlatego życie nie pyta nas, jak szybko dotrzemy na szczyt.
Pyta raczej:
Jak przechodzisz swoją drogę?
A jeśli miałbym zostawić ci na koniec tylko jedno zdanie, byłoby ono właśnie takie:
Nie mogę obiecać ci drogi bez trudności.
Nie mogę obiecać ci życia bez bólu.
Nie mogę obiecać ci, że zawsze będzie łatwo.
Mogę jedynie podzielić się własnym doświadczeniem:
Każda noc kiedyś mija.
I czasami właśnie podczas najciemniejszej nocy uczymy się widzieć najwięcej.
„Ten, kto zna sens swojego życia, potrafi przetrwać niemal każde cierpienie.”
— Friedrich Nietzsche (cytowany przez Viktora E. Frankla w książce Człowiek w poszukiwaniu sensu)



































