
Używać tego, co potrafię, ale nie stawać się rolą
Kilka tygodni temu otrzymałem od mojej znajomej propozycję, żebym przez osiem dni zaopiekował się Markiem — człowiekiem po udarze, mającym również poważne problemy z sercem.
Przyjąłem ją.
Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie jestem nawet do końca pewien, dlaczego się zgodziłem. Opieka nad dorosłym człowiekiem po udarze nie jest przecież tym, czym zajmuję się zawodowo na co dzień. Wiedziałem, że przez osiem dni będę odpowiedzialny za wiele bardzo zwyczajnych rzeczy związanych z jego codziennym funkcjonowaniem.
A jednak powiedziałem:
tak.
Dzisiaj zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie te osiem dni tak mocno zatrzymały moją uwagę.
Te osiem dni z Markiem okazało się czymś w rodzaju podsumowania mojej osiemnastoletniej drogi związanej z rozwojem i pomaganiem ludziom.
Nie podsumowania w znaczeniu zakończenia tej drogi.
Raczej miejsca, z którego nagle mogłem spojrzeć wstecz i zobaczyć ją z innej perspektywy.
Osiem dni stało się dla mnie lustrem osiemnastu lat.
Nie było to jednak podsumowanie dokonane przy biurku. Nie usiadłem z kartką papieru, żeby spisać swoje doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski.
Życie zrobiło to za mnie.
Przez osiem dni wiele rzeczy, które przez lata poznawałem, praktykowałem i uważałem za ważne, pojawiało się w najbardziej zwyczajnych sytuacjach codziennego życia z Markiem.
Czym innym jest przecież powiedzieć: „nie odbieraj drugiemu człowiekowi odpowiedzialności”, a czym innym każdego ranka
decydować, co zrobić za człowieka, który ma ograniczoną sprawność, a czego właśnie za niego nie robić. Czym innym jest mówić o pozostawianiu wyboru, a czym innym naprawdę zapytać:
„Gdzie chcesz dzisiaj pojechać?”
— i pozwolić, żeby odpowiedź zmieniła mój własny plan.
Czym innym jest wiedzieć, że nie jestem niczyim zbawicielem, a czym innym przez osiem dni być obok człowieka, któremu w wielu rzeczach rzeczywiście trzeba pomóc.
Czym innym wreszcie jest mówić o obecności, a czym innym usiąść z drugim człowiekiem nad jeziorem i odkryć, że w tej chwili naprawdę niczego więcej nie trzeba robić.
Postanowiłem więc być możliwie otwarty na to, co będzie do mnie przychodziło. Obserwować Marka, ale również siebie. Swoje odruchy, potrzebę działania, wiedzę, doświadczenie, zmęczenie, pomysły, intuicję i wszystkie te momenty, w których rzeczywistość okazywała się inna od tego, co wcześniej zaplanował mój umysł.
Nie chciałem udowadniać żadnej teorii.
Chciałem zobaczyć, co wydarzy się naprawdę.
I właśnie o tym jest ten tekst.
O tym, co z osiemnastu lat mojego pomagania innym pozostało dla mnie prawdziwe, co podczas tych ośmiu dni zobaczyłem inaczej, a co być może dopiero teraz zaczynam rozumieć.
Można powiedzieć, że ostatnie osiemnaście lat mojego życia to intensywna praca z ludźmi. Był to jednocześnie czas mojego własnego rozwoju i realizowania czegoś, co przez wiele lat postrzegałem jako swoją misję:
rozwijać siebie i pomagać innym.
Pierwsza część tej drogi była okresem niezwykle intensywnej nauki. Miałem szczęście spotkać znakomitych terapeutów, coachów i nauczycieli rozwoju. Byłem wtedy jak gąbka. Pochłaniałem ogromne ilości wiedzy i praktyki. Poznawałem kolejne podejścia, narzędzia i metody pracy z człowiekiem.
Sprawiało mi to ogromną radość. Sama intensywność tej pasji wydawała mi się potwierdzeniem:
to jest moja ścieżka.
Z czasem zacząłem coraz bardziej opierać się na własnym doświadczeniu. Nie tylko korzystałem z poznanych metod, ale tworzyłem własne podejścia, narzędzia i praktyki.
Sprawdzałem je w praktyce.
Kiedy działały — cieszyłem się.
Kiedy nie działały — szukałem dalej.
Przez wiele lat byłem więc jednocześnie w dwóch intensywnych procesach:
rozwijania siebie i pomagania innym.
Te procesy wzajemnie się napędzały. Praca z ludźmi rozwijała mnie. Mój własny rozwój zmieniał sposób, w jaki pracowałem z ludźmi.
Samonapędzające się dynamo…
Była we mnie ogromna otwartość i ciekawość, ale była również ambicja mierzenia się z najtrudniejszymi wyzwaniami.
Zdarzało się, że znajomi coachowie kierowali do mnie swoich najtrudniejszych klientów — ludzi, którym sami nie potrafili pomóc.
Przyjmowałem te wyzwania. Wymagały ode mnie wykorzystywania wszystkiego, co potrafiłem, a czasami szukania zupełnie nowych sposobów pracy.
I jakaś część mnie bardzo to lubiła.
Wtedy widziałem to właśnie tak:
trudny klient zmusza mnie do wejścia na wyżyny własnych możliwości.
I właśnie z całym tym bagażem — wiedzą, doświadczeniem, narzędziami, intuicją, ale również własnymi przyzwyczajeniami dotyczącymi pomagania — przyszedłem do Marka.
Dopiero podczas tych ośmiu dni miałem zobaczyć, które z tych rzeczy rzeczywiście będą potrzebne.
Nie jestem zbawicielem
Bardzo ważny moment na mojej drodze pojawił się wtedy, kiedy zmieniło się jedno z moich podstawowych przekonań dotyczących pomagania. Moi nauczyciele duchowi pomogli mi zobaczyć rzecz, która później bardzo mocno zmieniła sposób, w jaki pracowałem z ludźmi:
nie jestem niczyim zbawicielem.
Nie jestem po to, żeby ratować drugiego człowieka za wszelką cenę.
Nie jestem po to, żeby robić za niego to, co należy do niego.
Nie jestem po to, żeby wyciągać go z każdego problemu, usuwać przeszkody z jego drogi i brać odpowiedzialność za to, czy sobie
poradzi.
Mogę być jego towarzyszem.
To była dla mnie zasadnicza zmiana.
Moja własna droga również jest ważna. Nie muszę opuszczać siebie, żeby być przy drugim człowieku. Nie muszę poświęcać własnego życia, własnych potrzeb i własnego rozwoju, aby udowodnić, że naprawdę pomagam. Mogę podążać swoją ścieżką i jednocześnie przez pewien czas iść obok kogoś na jego ścieżce.
To odkrycie było również wyzwaniem dla paradygmatu kulturowego, w którym dorastałem.
Pomaganie drugiemu człowiekowi jest w naszej kulturze ważną wartością. I samo w sobie jest to piękne. Problem może zacząć się wtedy, kiedy z wartości powstaje nakaz:
dobry człowiek powinien pomagać.
A jeszcze bardziej:
potrzeby człowieka, który cierpi, powinny być ważniejsze od potrzeb tego, który mu pomaga.
Wtedy bardzo łatwo przekroczyć niewidzialną granicę pomiędzy pomocą a ratowaniem.
Z Markiem ta granica przestała być dla mnie wyłącznie przedmiotem rozważań.
Byłem z człowiekiem, który naprawdę potrzebował pomocy. Nie teoretycznie. W konkretnych, codziennych czynnościach.
I właśnie dlatego pytanie o to, gdzie kończy się pomoc, a zaczyna przejmowanie drugiego człowieka, nabrało zupełnie innego znaczenia.
Oddać odpowiedzialność
Kiedy przestałem postrzegać siebie jako zbawiciela innych ludzi, zobaczyłem coś jeszcze.
A może było odwrotnie — być może właśnie dlatego, że to zobaczyłem, mogłem przestać być zbawicielem.
Nie muszę dzisiaj rozstrzygać kolejności.
Zobaczyłem, jak często w procesie pomagania brałem odpowiedzialność za człowieka, któremu próbowałem pomóc.
Na pierwszy rzut oka mogło to nawet wyglądać jak skuteczna pomoc. Jeżeli widzę rozwiązanie, którego druga osoba nie widzi, mogę podjąć działanie, zorganizować coś, wskazać kierunek, czasami nawet wyciągnąć ją z konkretnego problemu.
Jej sytuacja może się poprawić.
Tylko że taka poprawa niekoniecznie oznacza zmianę.
Zacząłem rozumieć, że przejmując odpowiedzialność za drugiego człowieka, mogę chwilowo poprawić jego sytuację, a jednocześnie
utrudnić mu dokonanie trwałej zmiany.
Bo kto wtedy jest podmiotem tej zmiany?
Ja.
To ja widzę problem.
Ja znajduję rozwiązanie.
Ja podejmuję decyzję.
Ja uruchamiam działanie.
Ja pilnuję procesu.
A człowiek, któremu pomagam, może pozostać dokładnie w tym samym miejscu, z którego zaczynał — tyle że jego aktualny problem został rozwiązany przeze mnie.
Coraz wyraźniej zacząłem dostrzegać paradoks:
pomagając za bardzo, mogę pozbawić drugiego człowieka możliwości pomagania samemu sobie.
Nie oznacza to oczywiście, że człowiekowi znajdującemu się w trudnej sytuacji należy odmówić pomocy pod hasłem „weź odpowiedzialność za swoje życie”.
Są rzeczy, których człowiek w danym momencie rzeczywiście nie może zrobić sam.
Z Markiem widziałem to każdego dnia. W niektórych czynnościach moja pomoc była po prostu potrzebna. Jednocześnie właśnie ta
sytuacja jeszcze mocniej pokazywała mi znaczenie drugiej strony tej zasady:
nie odbierać człowiekowi tego, co nadal może zrobić sam.
Chodzi o coś subtelniejszego:
nie robić za człowieka tego, co nadal może zrobić sam.
nie decydować za niego tam, gdzie nadal może zdecydować.
nie odbierać mu odpowiedzialności w imię troski.
Jest w tym również bardzo praktyczny wymiar, który wielokrotnie obserwowałem w pracy z ludźmi.
Kiedy zaczynamy robić za człowieka rzeczy, które nadal może wykonywać sam, możemy nieświadomie ograniczać jego aktywność. Nie tylko jego samodzielność, ale również aktywność umysłową i fizyczną.
Jeżeli ktoś inny zaczyna za mnie wybierać, organizować, przypominać, wykonywać czynności, rozwiązywać problemy i podejmować decyzje, coraz mniej pozostaje do zrobienia mnie samemu.
A przecież człowiek potrzebuje aktywności.
Potrzebuje podejmować decyzje, przypominać sobie, planować, próbować, wykonywać ruchy, obserwować ich rezultat, czasami popełniać błędy i próbować ponownie. W ten sposób angażuje uwagę, pamięć, percepcję, układ nerwowy i ciało.
Szczególnego znaczenia nabiera to w sytuacji człowieka, którego sprawność z różnych powodów została ograniczona.
I właśnie tutaj odpowiedzialność przestała być dla mnie wyłącznie pojęciem psychologicznym. Zobaczyłem jej bardzo cielesny, codzienny wymiar.
Nie chcę tutaj formułować twierdzeń medycznych ani wchodzić w kompetencje specjalistów zajmujących się rehabilitacją neurologiczną. Wiem jednak, że aktywność i uczenie się angażują mechanizmy neuroplastyczności mózgu, a odpowiednio dobrana aktywność jest ważnym elementem rehabilitacji.
Dlatego pomaganie poprzez robienie wszystkiego za drugiego człowieka może mieć paradoksalny skutek.
Chcąc mu pomóc, możemy pozbawić go okazji do aktywności.
Chcąc oszczędzić mu wysiłku, możemy odebrać mu właśnie ten wysiłek, którego w granicach jego możliwości potrzebuje.
I dlatego w moim rozumieniu pomagania pojawiła się jeszcze jedna zasada:
pomóc tam, gdzie pomoc jest potrzebna, ale pozostawić człowiekowi tyle własnej aktywności, ile rzeczywiście jest w jego zasięgu.
Nie chodzi o zmuszanie człowieka do wysiłku za wszelką cenę. Nie chodzi również o pozostawienie go samego z czynnością, której nie jest w stanie wykonać.
Chodzi o to, żeby pomoc nie zastępowała jego własnej aktywności tam, gdzie ta aktywność nadal jest możliwa.
Aktywność stała się dla mnie jedną z podstawowych wartości pomagania: nie odbierać człowiekowi możliwości używania tego, czym nadal może się posługiwać — własnym ciałem, uwagą, pamięcią, decyzją, ciekawością i wolą.
Podczas tych ośmiu dni z Markiem nie było to już dla mnie tylko zasadą wypracowaną przez lata pracy. Musiałem sprawdzać ją w najprostszych sytuacjach.
Czy Marek naprawdę potrzebuje teraz mojej pomocy?
Czy może zrobić to sam?
Czy robię coś za niego dlatego, że tego potrzebuje — czy dlatego, że mnie będzie szybciej, łatwiej i wygodniej?
Te pytania okazały się czasami ważniejsze niż jakiekolwiek narzędzie, które znałem.
Bo trwała zmiana osobista wymaga podmiotu.
Człowieka, który może powiedzieć:
„To jest moje życie.
To jest mój wybór.
To ja wykonuję następny krok.”
Z czasem przestałem więc postrzegać odpowiedzialność wyłącznie jako ciężar, który należy człowiekowi odebrać.
Zacząłem widzieć ją również jako część jego sprawczości.
Pozostawić wybór
To doprowadziło mnie do następnego odkrycia. Jeżeli człowiek ma pozostać podmiotem swojej zmiany, musi — w takim zakresie, w jakim jest to możliwe — mieć możliwość wyboru.
Jeżeli jest gotowy wybierać — pozwalam mu wybierać.
Jeżeli jeszcze nie dostrzega możliwości wyboru, mogę pokazać mu swoją perspektywę. Mogę zadać pytanie. Mogę wskazać możliwość, której wcześniej nie widział.
Ale wybór nadal należy do niego.
Przez lata pracy z ludźmi, również z osobami z różnymi ograniczeniami sprawności, coraz mocniej dochodziłem do przekonania, że człowieka nie można sprowadzić do tego, co mu się przydarzyło ani do tego, czego w danej chwili nie może zrobić.
Zakres jego możliwości może być bardzo ograniczony. Czasami dramatycznie. Nie oznacza to jednak, że znika jego podmiotowość.
Dopóki człowiek może dokonywać wyboru — nawet bardzo niewielkiego — chcę pozostawiać mu przestrzeń tego wyboru.
Jest w tym również moja osobista, duchowa perspektywa.
Czuję, że człowiek uczestniczy w swoim doświadczeniu na poziomach znacznie głębszych niż te, które potrafię świadomie rozpoznać. Nie potrafię udowodnić, czym są te poziomy, i nie chcę rozstrzygać za drugiego człowieka, jaki jest ostateczny sens tego, co go spotyka.
Nie wiem, co człowiek wybiera przed swoim doświadczeniem.
Wiem natomiast, że kiedy już w nim jest, nie chcę odbierać mu autorstwa dalszej
drogi.
Nie chcę mówić człowiekowi, że „wybrał” swoją chorobę, niepełnosprawność czy cierpienie. To byłaby moja interpretacja nałożona na jego życie. Bliskie jest mi jednak przekonanie, że
nawet w doświadczeniu, którego człowiek świadomie nie wybrał, może pozostawać podmiotem
swojej dalszej drogi.
Nie wiem, czy człowiek wybiera doświadczenia, które go spotykają.
Wiem natomiast, że nie chcę traktować go tak, jakby wraz z ograniczeniem sprawności utracił prawo do bycia podmiotem własnego życia.
I dlatego nie chcę odbierać mu wyboru w imię własnego przekonania, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre.
Z Markiem przybrało to bardzo prostą, codzienną postać.
Zamiast automatycznie układać nam dzień, coraz częściej pytałem:
„Co chcesz dzisiaj robić?”
„Dokąd chcesz pojechać?”
„Na co masz ochotę?”
Nie zawsze chodziło o wielkie decyzje. Czasami były to drobiazgi. Ale właśnie w tych drobiazgach mogła pojawiać się jego decyzja.
I zacząłem dostrzegać, że sam wybór jest aktywnością.
Trzeba usłyszeć pytanie. Odnieść je do siebie. Przypomnieć sobie możliwości. Zastanowić się. Poczuć własną preferencję. Podjąć decyzję. Zakomunikować ją drugiemu człowiekowi.
To jest zupełnie inna sytuacja niż ta, w której opiekun, nawet z najlepszymi intencjami, mówi:
„Dzisiaj pojedziemy tam, bo wiem, że będzie ci dobrze.”
Z czasem coraz wyraźniej rozumiałem również:
Nie jestem po to, żeby naprawić człowieka, któremu pomagam.
Jestem towarzyszem na jego drodze.
Mogę go wspierać.
Mogę dzielić się doświadczeniem i wiedzą.
Mogę korzystać ze swoich metod i narzędzi. Mogę czasami bardzo aktywnie uczestniczyć w procesie zmiany.
Ale nie realizuję zmiany za niego.
To on pozostaje jej podmiotem.
Jego życie pozostaje jego życiem.
Jego wybór — jego wyborem.
Jego zmiana — jego zmianą.
Presja otoczenia
Z tą zmianą mojego podejścia wiązało się jeszcze jedno doświadczenie z wielu lat pracy z ludźmi:
Presja otoczenia.
Rodziny moich klientów, ich partnerzy i partnerki bardzo często wiązali z moją pracą ogromne nadzieje.
Chcieli, żeby bliska im osoba wyzdrowiała, zmieniła się, wyszła z kryzysu, zaczęła inaczej funkcjonować.
Trudno mieć do nich o to pretensję.
Jeżeli kochamy człowieka i widzimy jego cierpienie, chcemy, żeby ktoś mu pomógł.
Ale wraz z tą nadzieją pojawiała się czasami presja.
Niekoniecznie wypowiedziana wprost.
Czułem jednak oczekiwanie:
„Pomóż mu.”
„Zmień ją.”
„Spraw, żeby wreszcie...”
Przez pewien czas było mi trudno nie przyjmować tego oczekiwania.
Bo moja dawna część-zbawiciel miała niezwykle kuszącą propozycję:
mogę pomóc wszystkim.
Pomogę klientowi.
Pomogę jego partnerce.
Pomogę rodzinie.
Sprawię, że człowiek się zmieni, a wszyscy będą zadowoleni.
I oczywiście chciałem również, żeby byli zadowoleni ze mnie i z mojej pracy.
Dopiero z czasem zobaczyłem, że przyjmując odpowiedzialność za oczekiwania otoczenia, mogę przestać naprawdę spotykać człowieka, z którym pracuję.
Bo wtedy pomiędzy nami pojawia się trzeci głos:
„Powinieneś stać się taki, jakim inni chcieliby cię zobaczyć.”
A przecież nie po to jestem przy drugim człowieku.
Również podczas spotkania z Markiem mogłem wejść w tę dobrze znaną przestrzeń. Mogłem zacząć zastanawiać się, czego oczekują ode mnie inni, co powinno się przez te osiem dni wydarzyć, co powinno się u Marka zmienić i z jakim „rezultatem” powinienem zakończyć swoje zadanie.
Ale wtedy łatwo przestałbym spotykać Marka, a zacząłbym spotykać oczekiwania dotyczące Marka.
Proces należy do człowieka
Z czasem zacząłem więc bardzo świadomie oddzielać te przestrzenie.
Mogłem wysłuchać rodziny.
Mogłem zebrać informacje, które pomagały mi lepiej zrozumieć sytuację.
Mogłem przyjąć ich obserwacje.
Ale nie przyjmowałem automatycznie ich oczekiwań dotyczących tego, co powinno wydarzyć się z człowiekiem, któremu pomagałem.
Dziękowałem za rady.
A potem wracałem do człowieka.
Do naszej relacji.
Do jego rzeczywistości.
Do jego możliwości.
Do jego wyborów.
Do tego, co pojawiało się pomiędzy nami.
Proces nie miał realizować oczekiwań jego otoczenia.
Miał pozostawać procesem człowieka, którego dotyczył.
Z Markiem znaczyło to dla mnie coś bardzo konkretnego:
słucham otoczenia, ale spotykam człowieka.
Mogę wiedzieć, co inni myślą o jego sytuacji. Mogę przyjąć ich troskę, doświadczenie i obserwacje. Ale kiedy jestem z Markiem, chcę zobaczyć człowieka, który rzeczywiście stoi przede mną — nie człowieka zbudowanego z cudzych oczekiwań.
To samo dotyczyło prywatności.
Jeżeli ktoś powierza mi rzeczy ważne i osobiste, nie stają się one automatycznie własnością jego rodziny tylko dlatego, że rodzina troszczy się o niego albo uczestniczy w organizowaniu pomocy.
Staram się chronić to, co należy do człowieka.
W rozmowach z bliskimi pozostaję na poziomie ogólnym, chyba że istnieje uzgodniona potrzeba przekazania czegoś więcej albo sytuacja wymaga innego działania.
Bo również tutaj obowiązuje dla mnie ta sama zasada:
To nadal jest jego życie.
Kiedy działać, a kiedy być?
I tutaj pojawia się chyba jedno z najtrudniejszych pytań dotyczących pomagania.
Skąd mam wiedzieć, kiedy działać?
Kiedy użyć całej swojej wiedzy?
Kiedy zadać pytanie?
Kiedy zaproponować metodę?
Kiedy wejść intensywniej i aktywnie pomóc człowiekowi dokonać zmiany?
A kiedy pozostawić go w jego doświadczeniu — po prostu będąc obok?
Przez lata zdobyłem ogromną liczbę narzędzi. Paradoksalnie im więcej ich miałem, tym ważniejsze stawało się dla mnie nie tylko pytanie:
„Co mogę tutaj zastosować?”
ale przede wszystkim:
„Czy powinienem teraz stosować cokolwiek?”
Moja dzisiejsza odpowiedź jest bardzo prosta:
słucham swojej intuicji.
Żeby ją jednak usłyszeć, potrzebuję najpierw przestrzeni spokoju.
Kiedy jestem zajęty własną potrzebą naprawienia sytuacji, udowodnienia swojej skuteczności, znalezienia rozwiązania albo doprowadzenia człowieka tam, gdzie według mnie powinien dojść — bardzo łatwo pomylić własny impuls działania z tym, czego naprawdę potrzebuje drugi człowiek.
Dlatego najpierw zatrzymuję się.
Jestem.
Słucham.
Patrzę na człowieka, który rzeczywiście przede mną siedzi, zamiast na problem, który chciałbym rozwiązać.
I w tej przestrzeni pojawia się coś, co nazywam intuicją.
Czasami mówi:
zapytaj.
Czasami:
pokaż mu to.
Czasami:
działaj.
Czasami:
zostaw.
A czasami nie pojawia się żadna odpowiedź.
I być może właśnie wtedy najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić, jest pozostać przy człowieku bez potrzeby robienia z nim czegokolwiek.
Czym właściwie jest intuicja?
Nie chcę odpowiadać na to pytanie za czytelnika.
Dla jednego będzie szczególnym sposobem przetwarzania doświadczenia. Dla innego głębokim czuciem siebie. Ktoś nazwie ją świadomością, ktoś wewnętrzną wiedzą, ktoś jeszcze inaczej.
Pozostawiam to pytanie otwarte.
Ważniejsze od nazwania intuicji jest dla mnie coś innego:
żeby ją usłyszeć, muszę na chwilę przestać wiedzieć, co powinienem zrobić.
I właśnie Marek dał mi bardzo konkretną okazję, żeby to sprawdzić.
Bo zanim się spotkaliśmy, mój umysł wiedział już naprawdę bardzo dużo.
Projekt „Marek”
Kiedy pomyślę o okresie poprzedzającym moje spotkanie z Markiem, przypomina mi się noc, podczas której obudziłem się około czwartej.
Zamiast spać, układałem mu jadłospisy.
Wymyślałem narzędzia, z którymi będziemy pracować.
Planowałem, dokąd pójdziemy.
Jakie aktywności mogę mu zaproponować.
Miałem pomysły coachingowe i terapeutyczne. Przecież mam ogromne doświadczenie w pracy z ludźmi. Widziałem wiele rzeczy, które można z Markiem zrobić.
O czwartej rano mój umysł miał już właściwie gotowy projekt „Marek” — od narzędzi rozwojowych po fasolkę po bretońsku.
Jeszcze chwila i zapewne powstałby harmonogram wdrożenia.
Mój umysł stworzył cały projekt pod nazwą „Marek”.
A potem poszedłem do Marka.
I spotkałem prawdziwego Marka.
Większość moich planów straciła znaczenie.
Prawdziwy Marek
Stało się to dla mnie szczególnie wyraźne podczas naszego pierwszego spaceru nad Jeziorkiem Czerniakowskim.
Siedzieliśmy nad wodą.
Było słońce.
Marek był zadowolony, że tam jest.
Patrzył na jezioro.
Ja również patrzyłem.
I nagle żaden z moich pomysłów coachingowych nie był potrzebny.
Byłem.
Dzisiaj sformułowanie „prawdziwy Marek” ma dla mnie szczególne znaczenie.
Bo odkrywam w nim jeszcze jedną zasadę swojej pracy z ludźmi:
bądź w swojej prawdzie i bądź w prawdzie tego, co widzisz.
Nie idealizuj.
Nie koryguj od razu.
Nie krytykuj.
Nie oceniaj.
Najpierw zobacz.
Zobacz człowieka takim, jaki jest w tej chwili.
Nie człowieka, którego przygotowałeś sobie wcześniej we własnym umyśle.
Nie problem do rozwiązania.
Nie diagnozę.
Nie projekt rozwojowy.
Nie potencjał, który koniecznie trzeba zrealizować.
Prawdziwego człowieka.
Zobacz prawdziwego Marka.
I równie ważne:
zobacz prawdziwego siebie.
Zobacz własną potrzebę pomagania.
Własną ambicję.
Własne kompetencje.
Własną bezradność.
Własne zmęczenie.
Własną potrzebę działania.
Nie trzeba żadnej z tych rzeczy potępiać ani usuwać.
Pozwalam prawdzie być obecną w spotkaniu.
Pozwalam, żeby stała się częścią mojego wsparcia, mojej asysty, mojego towarzyszenia drugiemu człowiekowi.
I dopiero wtedy pytam:
co jest potrzebne teraz?
Może metoda.
Może pytanie.
Może konkretna pomoc.
Może decyzja, którą pozostawię Markowi.
A może nic.
Może wystarczy siedzieć razem nad wodą.
Nie prowadzę. Idę obok
Jeziorko Czerniakowskie było chyba pierwszym bardzo wyraźnym doświadczeniem istoty tych dni.
Siedząc tam z Markiem, zacząłem rozumieć:
nie muszę cały czas czegoś dla niego robić.
Nie muszę wykorzystywać każdej godziny na jego rozwój.
Nie muszę go zmieniać.
Nie muszę nawet wiedzieć, co będzie dla niego dobre.
Mogę być z nim nad jeziorem.
I to może wystarczyć.
Nie prowadzę Marka. Idę obok niego.
W kolejnych dniach zacząłem coraz bardziej pozostawiać mu decyzje.
Pytałem, dokąd chce jechać. Co chce zrobić. Dawałem mu możliwość wyboru.
I wydarzyło się coś ciekawego.
Marek zaczął prowadzić mnie.
Prowadził mnie po swoich śladach. Wracał do miejsc i historii swojej przeszłości. Czasami pojawiała się w nim perspektywa dziecka. Widziałem ślady trudnego, przytłaczającego dzieciństwa i sposób, w jaki przeszłość nadal może być obecna w dzisiejszym człowieku.
Pracowaliśmy też trochę rozwojowo. Robiliśmy mapę umysłu, graliśmy w nowe gry, angażowaliśmy uwagę i pamięć, dokładaliśmy nowe elementy do jego codzienności. Starałem się pobudzać jego ciekawość i aktywność.
Nie wiem i nie muszę wiedzieć, jakie dokładnie zmiany neurologiczne powodowały te działania — rehabilitacja po udarze należy do specjalistów. Ja mogłem proponować Markowi bezpieczne aktywności, które go angażowały.
Ale coraz wyraźniej widziałem, że najważniejsza nie jest żadna metoda.
Najważniejsza jest jego podmiotowość.
Nie chciałem wybierać za niego tylko dlatego, że mogłem zrobić to szybciej albo wiedziałem więcej.
Chciałem, żeby doświadczał:
„Mogę wybrać.
Mogę zdecydować.
To nadal jest moje życie.”
Moje kompetencje coachingowe nie zniknęły.
Zmieniła się ich pozycja.
Nie prowadzę człowieka tam, gdzie według mnie powinien dojść.
Idę obok niego.
Jeżeli pojawia się przestrzeń na pytanie — pytam.
Jeżeli mogę coś pokazać — pokazuję.
Jeżeli niczego nie potrzeba — nie robię niczego.
I właśnie tutaj coraz lepiej rozumiałem coś, co wcześniej mogło wydawać się sprzecznością:
bycie nie oznacza bierności.
Mogę być i jednocześnie bardzo aktywnie pomagać.
Mogę używać narzędzi.
Mogę proponować.
Mogę pytać.
Mogę inspirować.
Mogę tworzyć możliwości.
Różnica polega na tym, kto pozostaje podmiotem tego procesu.
Bycie i pomaganie
Właśnie podczas tych dni zaczęła układać mi się inna kolejność.
Nie:
pomaganie i bycie.
Tylko:
bycie i pomaganie.
Nie chodzi o rezygnację z działania.
Nie chodzi o odrzucenie własnych kompetencji, doświadczenia czy wiedzy.
Przeciwnie.
Mogę korzystać ze wszystkiego, czego nauczyłem się przez lata.
Zmienia się jednak miejsce tych rzeczy.
Używam tego, co potrafię, ale nie staję się rolą.
Nie muszę stawać się coachem tylko dlatego, że potrafię pracować coachingowo.
Nie muszę stawać się terapeutą, organizatorem, ratownikiem czy opiekunem tylko dlatego, że potrafię pomagać.
Rola może być narzędziem.
Nie musi być mną.
Dojrzałość pomagającego nie polega więc dla mnie wyłącznie na tym, że ma coraz więcej narzędzi.
Być może polega również na tym, że potrafi mieć je wszystkie i nie użyć żadnego, kiedy nie są potrzebne.
Czasami pomaganiem będzie dobre pytanie.
Czasami konkretne działanie.
Czasami ugotowanie obiadu.
Czasami pomoc przy kąpieli.
Czasami pozostawienie decyzji drugiemu człowiekowi.
A czasami siedzenie nad jeziorem i nierobienie absolutnie niczego.
Ciało
Te dni przyniosły mi również doświadczenia, których nie zaplanowałbym w żadnym programie coachingowym.
Kąpałem Marka.
Nie było to łatwe.
Byłem przy dorosłym człowieku, którego ciało potrzebuje pomocy drugiej osoby. Przy jego ograniczeniach, zależności, intymności.
Nie zrezygnowałem.
Zrobiłem to, co trzeba było zrobić.
Innego dnia Marek miał masaż leczniczy wykonywany przez Waldka. Miałem dwie godziny wolnego. Umysł natychmiast się ucieszył. Poszedłem na spacer.
Wcześniej czułem nawet, że nie chcę patrzeć na Marka podczas masażu.
A jednak po jakimś czasie wróciłem.
Wcześniej niż musiałem.
Nie wiem dlaczego.
Poczułem po prostu, że chcę tam być.
I to było dla mnie ważne.
Być może dlatego, że tym razem nie byłem Markowi do niczego potrzebny.
Waldek wykonywał swoją pracę. Marek był zaopiekowany. Nie musiałem pomagać, organizować, prowadzić ani rozwiązywać.
Mogłem tylko być.
I zobaczyłem różnicę pomiędzy:
„Jestem przy Tobie, ponieważ mnie potrzebujesz”
a:
„Jestem przy Tobie, ponieważ chcę tutaj być.”
Nie wiem jeszcze, co znaczą dla mnie wszystkie te spotkania z fizycznością Marka.
I być może nie muszę tego wiedzieć.
Przez jakiś czas zastanawiałem się, czemu miało służyć to doświadczenie.
To pytanie było dla mnie naturalne. Przez wiele lat patrzyłem na swoje doświadczenia również poprzez rozwój. Szukałem ich znaczenia, sensu, tego, czego mogę się dzięki nim nauczyć. Aż przyszła do mnie bardzo prosta odpowiedź:
to doświadczenie nie musi niczemu służyć.
Może być wartością samo w sobie.
Być może istotą tego, co wydarzyło się pomiędzy mną a Markiem, nie było osiągnięcie określonego rezultatu.
Było nią doświadczenie.
Moje.
Marka.
Nasze.
Kąpiel nie musi stać się metaforą.
Masaż nie musi prowadzić do odkrycia kolejnej zasady.
Mój powrót do pokoju nie musi zostać wyjaśniony.
Nie potrzebuję tworzyć następnej teorii procesu.
Mogę pozwolić doświadczeniu pozostać doświadczeniem.
Przeżyć je.
Poczuć.
Pozwolić, żeby było częścią mnie — nawet jeżeli nie potrafię powiedzieć, co dokładnie we mnie zmieniło.
I może właśnie tutaj odkrywam jeszcze jeden wymiar bycia z drugim człowiekiem.
Nie każde spotkanie musi prowadzić do zmiany.
Nie każda chwila musi być rozwojowa.
Nie każda obecność musi być użyteczna.
Czasami dwaj ludzie po prostu przeżywają razem kawałek swojego życia.
I to wystarcza.
Istota mojej przygody z Markiem
Któregoś dnia zapytałem moje Mistrzowskie JA:
„Jaki jest sens tego doświadczenia?”
I chyba zaczynam rozumieć, że nie chcę odpowiedzi w rodzaju:
„Marek pojawił się w moim życiu po to, żebym nauczył
się...”
Nie wiem, czy pojawił się „po coś”.
Nie muszę tego wiedzieć.
Mogę natomiast zobaczyć, co rzeczywiście wydarza się we mnie podczas tego spotkania.
Spotkałem człowieka, którego nie mogę naprawić.
Mogę mu pomagać.
Mogę tworzyć możliwości.
Mogę pozostawiać mu wybór.
Mogę ugotować obiad.
Mogę pojechać z nim nad jezioro.
Mogę siedzieć obok podczas masażu.
Mogę zadać dobre pytanie.
Mogę zaproponować grę.
Mogę słuchać jego historii.
Ale nie mogę przeżyć jego życia za niego.
I nie muszę.
Być może właśnie tutaj stary opiekun zaczyna się zmieniać.
Nie kończy się troska.
Nie kończy się empatia.
Nie kończy się moja zdolność pomagania.
Kończy się natomiast automatyczne przekonanie:
„Skoro widzę, co można zrobić, powinienem to zrobić.”
Marek może podążać swoim śladem.
Ja mogę iść obok.
I coraz bardziej czuję istotę tych dni:
Nie przyszedłem do Marka, żeby dać mu całego siebie.
Przychodzę do niego cały.
Pomagam, ale nie przejmuję.
Jestem blisko, ale pozostaję u siebie.
Pozostawiam mu jego życie
i nie oddaję mu własnego.
Jestem z Markiem.
I jestem ze sobą.
Ja to ja.
Marek to Marek.
I może cała sztuka polega na tym, żeby żaden z nas nie musiał być tym drugim :)




































